Opis Trasy TBnO, Kraków 2012, Dariusz Marek

Opis biegu na orientacje z perspektywy BnO amatora – wrażenia i przemyślenia po pierwszym w moim życiu BnO.

Tyniecki Bieg na Orientacje – 22 styczeń 2012 roku.

Plan był prosty: w czasie „martwego”  sezonu biegowego ukończyć zawody , typu Bieg Na Orientację, sprawdzić się w tym i dobrze się przy tym bawić we dwoje bo taka forma sportowa wymaga pomocy partnera.  Ja byłem w dobrej formie , miałem za sobą sporo wybieganych kilometrów tej zimy. Lubię biegi zimą, chłód, trudne warunki. Mój partner – Mery – jest jak ja w kwestii biegania -amator . Oprócz sporadycznych treningów biegowych , Mery spędziła parę popołudniowych godzin na przygotowanie się do zawodów. I też jej nie straszny śnieg sypiący w oczy czy bieg pod wiatr w deszczu.   W zasadzie podczas przygotowań położyliśmy nacisk na samo bieganie, i to jeszcze osobno, bo na treningach nie za dobrze nam się biega wspólnie. Dlatego wspólny udział jako drużyna miała być swego rodzaju pracą nad sobą, nad nami.  Natomiast samo bieganie nie wystarczy na Bno, wiedzieliśmy o tym i mieliśmy ta świadomość  że potrzebna jeszcze  umiejętność posługiwania się mapami – orientacja w terenie. Mamy taką umiejętność,  co prawda umiemy się posługiwać mapami turystycznymi ale to zawsze coś. Wiele wspólnych wycieczek pieszych, tras rowerowych, szlaków i rejonów zwiedziliśmy z mapą w ręce. Miejsce rozegrania zawodów było nam mało znane, więc postanowiliśmy się wybrać na mały rekonesans na tydzień przed zawodami właśnie w rejony lasu Tynieckiego, oczywiście z mapą. Pospacerowaliśmy po rejonie, po ośnieżonych leśnych ścieżkach, po ulicach i w rejonie klasztoru który jest znakiem rozpoznawczym Tyńca. Pogoda na sobotnie zawody nie była do przewidzenia, zmieniała się z dnia na dzień. Albo sypało,  świeciło słońce lub pozostawało schowane za gęstymi chmurami z których padał deszcz. Raz na „plusie” raz na minusie. To, w co się ubierzemy by pobiec w zawodach okaże się właśnie w dzień startu. Za dużo ciuchów na sobie – dyskomfort, za mało – przeziębienie.

Zespół

Lubimy biegać, lubimy zawody, rywalizacje z samym sobą. Lubimy spędzać razem czas i przeżywać emocje oraz przygody. Zespół powstał po krótkim przemyśleniu wspólnym. Wahaliśmy się dlatego że pojawiło się pytanie czy nie zepsujemy sobie oboje zawodów biegnąc razem, znamy się, nie lubimy razem biegać. Decyzja padła na tak a nazwa zespołu to już czysta zabawa. Pinga- Pinga.

 

Przed startem

Po dotarciu na miejsce zdziwiłem się że biuro zawodów jeszcze zamknięte i nie możemy odebrać numerów startowych, chociaż zgodnie z regulaminem już dawno powinno być otwarte. No ale wyczekaliśmy swoje. Dostaliśmy numery, kartę punktową i talon na ciepły posiłek którym był żurek. Wsadziłem talon do spodni i ruszyliśmy się przebrać do samochodu bo do startu pozostała nie cała godzina. Jeśli chodzi o jedzenie to na trzy godziny przed startem w zawodach nie jem nic, lub spożywam małego batona zbożowego. Na śniadanie dwie kanapki z masłem i miodem plus banan. Staram się w zimie nie pic zimnych napojów wiec dźwigam zwykle ze sobą termos z ciepłą herbatą ale podczas zimowych biegów nie pije nic. Nie jedzenie na trzy godziny przed biegiem to jest mój sposób na wyeliminowanie różnego rodzaju przeszkód podczas wysiłku fizycznego takich jak bóle jelit lub kolka. Oczywiście dieta osoby uprawiającej sport musi być przemyślana i dostosowana do każdego z osobna, musisz znać swój organizm, czuć go by wiedzieć jak się odżywiać, nie szkodząc sobie tym lecz pomagając. Odpowiednie jedzenie o odpowiedniej porze dnia daje energię nie obciążając organizmu, nie osłabiając go, natomiast regeneruje mięśnie , pomaga.

Za 10 – 10 ta

Dokładnie 52 minuty po dziewiątej rano rozdano mapy, po dwie na zespół. Od razu zabraliśmy się za studiowanie ich. Skala 1: 15 000,  Tak duża skala map ma na celu zawarcie nawet najmniejszych elementów w terenie, zauważalnych podczas biegu. Jest bardziej szczegółowa od tradycyjnej mapy topograficznej.  Większa część rysunku mapy przedstawia tzw. przebieżnośc lasu, która ma wpływ na wybór wariantu biegu do punktu kontrolnego – o tych rzeczach dowiedziałem się po części w trakcie biegu jak i po nim…

Obraliśmy swoją własną drogę, która na pierwszy rzut oka wydawała się najlogiczniejsza co się później okazało błędne z dwóch powodów. Pierwszy powód był taki że pobiegliśmy nie dokładnie tak / tam gdzie planowaliśmy, a drugi powód to brak doświadczenia czytania mapy w BnO oraz przekładanie z 2D na 3D widoku. Spora dezorientacja zanim znaleźliśmy pierwsze dwa punkty kontrolne. Więc na starcie zaliczyliśmy ogromnie stromy podbieg schodami na polanę obsypaną warstwą śniegu po kolana gdzie nie gdzie, jak i nie nasz PK. Przekonaliśmy się jak kilku centymetrowy skrawek mapy jest duży w przełożeniu na rzeczywistość. W końcu oswoiliśmy się z mapą, a gdy dotarliśmy do rejonu który troszkę znaliśmy z naszego rekonesansu przestaliśmy zwracać uwagę na przemoczone obuwie które chwile wcześniej sprawiało wiele dyskomfortu.. Oboje byliśmy w standardowych butach biegowych, założyliśmy na nogi stup tuty które spowalniały wsypywanie się śniegu od góry do buta. Przynajmniej tyle. Przed startem zastanawialiśmy się w jakim obuwiu z naszego arsenału wystartować. Buty górskie? Buty biegowe?

Po paru kilometrach „poszukiwań”, gdzie już było nam o wiele cieplej zaczęliśmy coraz sprawniej zaliczać punkty, mijając po drodze innych uczestników biegu. Każdy w swoją stronę, ze swoją wyimaginowaną trasą. Przebieg naszej trasy został zmieniony, po każdym PK starannie dobieraliśmy kolejny cel. Coraz rozsądniej przewidywaliśmy trud drogi prowadzącej do następnego PK. Zdobycie każdego PK dodawało sił by biec do następnego. A było po czym biegać. Sporo podbiegów i śliskich zbiegów leśnymi ścieżkami jak i przełajowo , na kreskę, na wprost. Oczywiście nie było mowy o ciągłym biegu, przechodziliśmy w trucht co dawało czas na czytanie mapy ale unikaliśmy ciągłego postoju, można było solidnie zmarznąć. Zachmurzone niebo ukryło słońce i nie mieliśmy punktu odniesienia do południowej strony świata, czas użyć kompasu. Dzięki niemu byliśmy wstanie dokładnie określić którędy mamy dalej się poruszać, gdzie w ogóle jesteśmy. Podczas wyboru kolejnego PK nie sprzeczaliśmy się, udawało się zgodnie planować i realizować trasę. Mięliśmy oczy dookoła głowy które to zarejestrowały nagle przebłyski słońca. Była to już godzina 11 30 i pojawiło się słońce, które jeszcze bardziej ukazało piękno natury i tego rejonu, miejsca w którym właśnie byliśmy. Nawet po drodze do pewnego PK przegoniliśmy – oczywiście nie chcący-  stadko saren.

Mieliśmy już ponad połowę PK na karcie zaliczonych, i spotykaliśmy coraz mniej zawodników pędzących w swoim kierunku. „Pędziliśmy” dalej. Po zaliczeniu PK – „kamieniołom”, po karkołomnym zejściu w dół pod skalną ścianę i po spojrzeniu na zegarek stanęliśmy przed dylematem. Czasu do zamknięcia mety mało a pozostały nam jeszcze 2 PK. Jeden po drodze do mety a drugi nie bardzo. Zadecydowaliśmy że biegniemy do mety i omijamy jeden PK. Wolimy zmieścić się w limicie czasu i mieć za to punkty odjęte niż zaliczyć punkt ale stracić sporo minut. Zwłaszcza że już byliśmy zmęczeni i nie wiedzieliśmy ile czasu będziemy potrzebować na zdobycie PK a następnie mety. Mogło by to skutkować sporą stratą w ostatecznym podliczeniu.

Więc w słonecznej scenerii, wzdłuż Wisły, po śniegu zmieszanym z błotem, mijamy klasztor i zmierzamy w kierunku dmuchanej bramki – Meta.

Przez ponad dwie godziny wysiłku nic nie piliśmy więc z uśmiechem na ustach poprosiliśmy o dwie herbaty wydawane obok żurku pod namiotem ocieplanym. Wyjąłem zapomniany talon na posiłek z kieszeni, udało się na niego wysępić dwie herbaty, zwłaszcza ze nikt z nas nie miał przy sobie gotówki a do auta dzielił nas mały dystans. Herbata smakowała znakomicie, popijaliśmy ją wlepieni w podmoczone mapy i analizowaliśmy naszą trasę, nasze pomysły i ruchy. Teraz już wiem że można było zupełnie inaczej rozegrać te zawody, ale to jest właśnie piękne w BnO :  wysiłek plus emocje warunkują podejmowanie decyzji. Na pierwszy rzut oka wydają się słuszne i „lepsze”, ale w gruncie rzeczy można było wybrać lepszą opcję, korzystniejszą.

Wnioski – Bno to świetna zabawa, zdobycie każdego kolejnego PK jest jak dobiegniecie do mety, uczucie radości i ulgi. Koncentracja i planowanie kolejnych ruchów, dopieszczone solidnym biegiem jest nie lada wyczynem. Partnerska współpraca wyszła pozytywnie. Każdy z nas wyciągnął jakąś lekcję, oboje się uzupełnialiśmy. Mimo wielkich różnic jakie dzieliły członków naszego zespołu zdaliśmy ten test na plus. Dziękuję za wspólny bieg.

Biorąc udział w BnO dostrzegłem walory przyrodnicze otaczającego nas terenu. Przemyślane miejsca umieszczenia PK pomogły w poznawaniu rejonów Tyńca. Doceniam piękno polskiej ziemi i cieszę się z udziału w Tynieckim Biegu na Orientację.

 

Dariusz Marek